- Gdzieście zgubili konia, którego wam wyznaczyłem, młodzieńcze?!
- Czeka na mnie przywiązany nieopodal. Niech mi pan powie szybko czy Sam i jego towarzysze już wrócili - poprosił poddenerwowany William.
- Są za namiotami i poją konie w strumyku, a gdzie indziej mogli by być? Co się stało, że zostawiliście konia samego? - mówił dalej, niezadowolony Jack.
- Widziałem niedźwiedzia.
- Ha, niedźwiedzia! Słyszycie go! - krzyknął do towarzyszy - W tym lesie nie ma niedźwiedzi.
- Jest jeden i znalazł on wasze pułapki.
- Dobra idź już po tego konia. Znalazł się młody myśliwiec, który będzie mnie, Old Jacka pouczał.
Will stwierdził, że nie jest w stanie przemówić do rozsądku temu zadufanemu traperowi, więc obrócił się z napięciem i poszedł po swojego konia. Posłuszne zwierzę czekało na niego przez ten cały czas w tym samym miejscu, spokojnie skubiąc trawę. Gdy wrócił do obozu słońce już zachodziło, więc wziął swoją porcję jedzenia i usiadł na swoim kocu z dala od towarzyszy, aby nie wystawić się na głupie żarty i docinki. Po chwili przyszedł do niego Sam i powiedział:
- Dzisiaj masz wartę od północy do drugiej nad ranem, Will. Ben cię obudzi, a ty potem obudzisz Hawkinsa.
- Jasne.
Sam obrócił się, aby wrócić do ogniska, lecz zatrzymał się i powiedział:
- Słyszałem twoją rozmowę z Jackiem jak wróciłeś do obozu. Nie traktuj na poważnie tego co ci dzisiaj powiedział Jack. On jest specyficzny i wymagający. Sam w swoim życiu popełnił wiele błędów, przez co stracił rodzinny dorobek i musiał wyjechać na Zachód. Przez co teraz każdy błąd traktuje jak życiową porażkę.
- Nie popełniłem żadnego błędu. Widziałem niedźwiedzia, więc chciałem was ostrzec.
- W tych stronach nie ma niedźwiedzi. Ale dobrze, skoro jesteś taki pewien, że go widziałeś to możesz jutro z nami iść i go poszukać, a my sprawdzimy czy coś złapaliśmy w nasze pułapki. Pomożesz nam je tu przywieść. Jak będziesz pomocny to może kilka tych skórek przypadnie dla ciebie - zaproponował Sam.
- Nikt nie będzie się temu sprzeciwiał? - zapytał Will.
- Nie mamy wybranego przywódcy, każdy jest panem dla samego siebie. Old Jack jest najstarszy, więc to on zazwyczaj decyduje, ale każdy ma takie same prawo jak on - tłumaczył Sam.
- Dobrze, uspokoiłeś mnie trochę. Jutro pojadę z wami.
- Teraz radzę ci iść spać, bo jutro wcześnie musimy wyruszyć. Dobranoc - powiedział Sam i wrócił do ogniska.
- Dobranoc! - odpowiedział William i ułożył się do snu.
Po chwili ognisko przygasło, a traperzy zasnęli. Tylko Murphy, który pierwszy trzymał wartę podsycał co chwilę ogień, aby całkiem nie przygasł. Zgodnie z tym co powiedział Sam, Benny poszedł obudzić Williama o północy:
- Wstawaj, wstawaj Will - szturchał młodzieńca traper.
- Już nie śpię - wymamrotał zaspany.
- No to wstawaj prędko, bo sam chcę już położyć się - powiedział ziewając Ben. - Pilnuj, aby żaden niedźwiedź tu nie przyszedł.
- Zobaczymy jutro co zostało z waszych bobrów jak do nich się dobrał.
- Myślisz, że mógłby się zniszczyć nasze pułapki? - ożywił się Benny.
- Teraz to mi wierzysz, że widziałem niedźwiedzia? - zapytał z przekąsem Will.
- Czy wierzę czy nie to nie ma znaczenia. Ale jeśli ten niedźwiedź naprawdę istnieje to możemy wrócić do Garden City z nic tu nie złapawszy.
- Najprawdopodobniej tak będzie - powiedział wstając William. - Teraz idź spać, a ja zrobię obchód.
- Idź spać, idź spać - dąsał się Ben kładąc się do łóżka. - Jak ja mam zasnąć jak niedźwiedź dobiera się do naszych bobrów. O nasze skórki bobrowe!
Noc była cicha i rozgwieżdżona. Po dwóch godzinach Will obudził Hawkinsa i wrócił do spania. Rano, Sam obudził Williama i po szybkim śniadaniu, wraz z Royem i Hawkinsem ruszyli w stronę rzeki. Gdy zbliżyli się do rzeki Will powiedział:
- Zostawmy tu konie i weźcie broń. Zaczekajcie tu chwilę, a ja pójdę sprawdzić czy jest tu niedźwiedź.
- Ślady sobie sprawdzaj, nie będziemy ci przeszkadzać - machnął ręką Roy - Jack mówił, że w tych stronach nie ma niedźwiedzi, więc my idziemy po nasze pułapki.
- Zaczekaj, lepiej być przezornym, niech William pójdzie przed nami. Ma większe doświadczenie od nas w tropieniu zwierząt - powiedział Sam.
- Za piętnaście minut będę z powrotem - rzekł Will i zniknął między drzewami.
Po obiecanych piętnastu minutach wrócił i oznajmił:
- Nie ma już niedźwiedzia, ale był tu wieczorem.
- Bajki opowiadasz! - powiedział rozzłoszczony Roy i pobiegł w stronę rzeki.
- Chodźmy za nim - rzekł Hawkins i ruszył za towarzyszem.
Roy stał jak wmurowany w ziemię patrząc na rozdeptane pułapki.
- Ttt… To niemożliwe - wydukał.
- A jednak możliwe - powiedział Sam i podszedł bliżej zniszczonego sprzętu.
Trójka traperów odłożyła strzelby i podeszła bliżej, aby zebrać to, co zostało z ich sprzętu, a William został z tyłu. Nagle zza krzaków wyszedł ogromny niedźwiedź grizzli rozwścieczony obecnością ludzi na jego żerowisku. Przestraszeni traperzy bez broni chcieli się po nią cofnąć, lecz William krzyknął:
- Biegnijcie na boki! Na boki, nie do tyłu!
Tak też zrobili, lecz Roy potknął się i rozciągnął się jak długi na ziemi dwa metry od niedźwiedzia. Zwierz stanął na dwóch łapach i ryknął przeraźliwie. Wtem Will skoczył ku niemu i wypalił najpierw z dwururki Sama, a potem ze swojego karabinu prosto między oczy drapieżnika. Przeraźliwy ryk wypełnił las, a zwierze runęło martwe na ziemię. Zaległa cisza, Roy bał się wstać z ziemi, a Sam i Hawkins stali ukryci za drzewami.
- Grizzli mają twarde życie, ale ten jest już martwy - przerwał ciszę William kopiąc niedźwiedzia.
Traperzy podeszli do niedźwiedzia dalej nie potrafiąc wypowiedzieć ani słowa. Spoglądali to na niedźwiedzia, to na Willa, a to z powrotem na niedźwiedzia. Sam zdołał się opanować i powiedział:
- Uratowałeś nas, zabiłeś tą bestię.
- Tak, uratowałeś nas. Gdyby nie ty to bym leżał tu martwy. Dziękuję - powiedział trzęsącym się głosem Roy.
- Nie ma o czym mówić, wy tak samo postąpili byście na moim miejscu - odparł Will.
- Co to to nie. Ja bym nie umiał zabić niedźwiedzia z tam bliska. Nie miałbym siły nawet podnieść karabinu - powiedział Hawkins. - Roy pewnie tak samo.
- Pomówmy o czymś przyjemniejszym. Co zrobimy z tym czterystu-kilogramowym zwierzęciem? - zapytał Sam. - Do ciebie należy decyzja, Will. Ty go zabiłeś, więc jest twój.
- Wezmę sobie pazury, łeb i skórę jako trofeum, a mięso podzielimy między wszystkich.
Wtem z lasu wyszedł Old Jack z pozostałymi traperami i zapytał:
- Co tu się wydarzyło, słyszeliśmy strzały? Skąd wziął się tu ten niedźwiedź.
- Nasz myśliwy William zabił go ratując nam życie - wyjaśnił Sam.
- A gdzie są nasze pułapki?
- Są niezdatne do użytku. Niedźwiedź je zniszczył.
- To w takim razie zabierzemy sobie jego skórę, pazury i pysk i sprzedamy zamiast bobrów.
- Nie zgadzam się. Ja go zabiłem i należy on do mnie. Mięso podzielimy równo ale trofea wezmę ja - wtrącił się William.
- Przecież zgubiliście własnego konia. To, że zabiliście tego niedźwiedzia to był czysty przypadek. A nam rzecz jasna należy się odszkodowanie za zniszczone pułapki - upierał się Jack.
- To, że je straciliśmy to tylko nasza wina, że nie posłuchaliśmy wczoraj Willa - odezwał się Sam w obronie młodzieńca. - Gdybyśmy mu wczoraj uwierzyli to nie stracilibyśmy sprzętu i mielibyśmy niedźwiedzia. Prawo prerii jest takie, że zwierzę należy do tego kto je zabił.
- A co jeśli ja zadecyduję inaczej? - zdenerwował się Jack.
- Nie masz nic do powiedzenia w tej sprawie. Nie jesteś tu przywódcą, wszyscy jesteśmy sobie równi. Gdyby nie William to wszyscy bylibyśmy martwi, a ty nawet byś się o tym nie dowiedział - odezwał się Roy.
- Już dobrze, spokojnie. Niedźwiedź należy do Williama - zgodził się Jack, zdziwiony sprzeciwem swoich towarzyszy.
- Chodźcie teraz wszyscy, trzeba zająć się mięsem - zawołał Will.
Po zabraniu trofeum, myśliwiec przekazał niedźwiedzia traperom, aby ci wycięli szynkę i łapy, które są największym przysmakiem. Wieczorem przy ognisku wszyscy zajadali się wyśmienitym mięsem niedźwiedzia. Sam podał Willowi kawałek świeżo upieczonej łapy niedźwiedzia mówiąc:
- Niedźwiedzie łapy smakują najlepiej jak poleżą nieruszane tydzień. Te nie przeleżały wprawdzie tygodnia, ale i tak są wyśmienite.
- Niedźwiedzie łapy to najprawdziwsza amerykańska ambrozja - powiedział mlaskając młodzieniec.
